Jesteś tutaj: Strona główna / Rozwiązania logistyczne dla firm / Muda do kwadratu – na przykładzie zakupu mieszkania

Muda do kwadratu – na przykładzie zakupu mieszkania





– W kanonie „Lean” jest pojęcie, które nazywa się „muda” (pisane po japońsku jako: 無駄). Tłumaczy się je często jako „marnotrawstwo”, ale to uproszczenie, bo „muda” tak naprawdę oznacza „wykonanie czynności, które nie dodają wartości”. Ostatnio miałem tego mocny przykład – pisze John Stepan w swoim nowym tekście.

Ktoś z rodziny poprosił mnie o pełnomocnictwo przy zakupie mieszkania. Miało ono być kupione częściowo z własnych pieniędzy, a częściowo z hipoteki. Pan Paweł – doradca finansowy i znajomy ze szkolnych lat przyszłego właściciela mieszkania – doradził, aby poprosić o oferty na hipotekę 6 różnych banków. No i zaczęła się „muda”.

Każdą stronę zapytania ofertowego dla każdego banku musiałem zaparafować z dopiską „Z PEŁNOMOCNICTWA” - 6 zapytań ofertowych, każde po 10-20 stron. Na początku próbowałem wgłębiać się w tekst. Przeczytałem mniej więcej pół strony. Zapisy były zawiłe. Pan Paweł z niebiańską cierpliwością odpowiadał na moje (dosyć oczywiste) pytania, aż przy szóstym „no, bo to tak jest” dotarło do mnie, że trochę nie ma sensu zadawać pytań – to była sytuacja typu „take it or leave it” („albo kupujesz albo zostawiasz”).

Bez większych komentarzy zaparafowałem i podpisałem każdą z tych 120 stron wraz z adnotacją – „Z PEŁNOMOCNICTWA”. Spędziliśmy nad tym 45 minut, ręka mnie trochę bolała, Coffee Heaven zarobiło na kilku kawach i pożegnaliśmy się.

Prawdziwy kryzys przyszedł w banku

Każdy mnie na to przygotowywał: pan Paweł mówił, że zabierze to ze 2-3 godziny, pani, która sprzedawała mieszkanie – też. Nawet pani Krystyna, obsługująca nas pracownica banku (swoją drogą – urocza i bardzo kompetentna osoba, która od lat zajmuje się naszymi sprawami bankowymi) powiedziała mi wprost – Panie John, to trochę zabierze!.

Nie byłem jednak na to gotowy. Nie zrobiłem prostych obliczeń: jeśli 120 stron zabrało godzinę, to fakt, że mówi się o 2-3 godzinach oznacza, że będzie to ok. 250 - 350 stron do podpisania / zaparafowania i własnoręcznego naniesienia opisu „Z PEŁNOMOCNICTWA”.

Chyba będę potrzebował opieki medycznej w związku z nadwyrężonym nadgarstkiem.

Usiadłem naprzeciw pani Krysi, no i się zaczęło. Umowa jest rażąco stronnicza. Jeśli chce się wcześniej spłacić kredyt – kara. 2%. A ja (w mojej naiwności) zawsze myślałem, ze banki „żyją” z pieniędzy, które dostają od klientów i które mogą później pożyczać. Chcę banku dać pieniądze a tu bank chce mnie za to ukarać. Pani Krysia zwija się w fotelu, pan Paweł patrzy w sufit. Idę do następnego paragrafu. Powtórka. Zaczynam rozumieć, że znowu jestem w sytuacji „take it or leave it”. Zaciskam zęby i parafuję – 250-350 stron (oczywiście z własnoręczną adnotacją na każdej).

«Lu et approuvé»

„Przeczytałem i zatwierdzam” – zdanie, które pamiętam z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Belgii gdy pierwszy raz zetknąłem się z absurdalnym podpisywaniem dokumentów. Chodzi o to, aby w sytuacji stanięcia w sądzie przeciwko bankowi (czy komukolwiek), można wykazać, że wszystko przeczytałem, miałem okazje zadać wszelkie możliwe pytania i podjąłem świadomą decyzję. Owszem, mogłem przeczytać, mogłem zadać pytania. Czy jednak możemy mówić o świadomej decyzji?

Po pierwsze – dokumenty w banku widzę po raz pierwszy i jestem w trakcie podpisania 250-350 stron. Czy ktokolwiek naprawdę oczekuje ode mnie, bym miał siłę psychiczną, wiedzę i energię, by przejść przez każdą stronę i zadać rozsądne pytania przy każdym „rażąco stronniczym” paragrafie szczególnie, kiedy jest ich tak dużo?

Zresztą, jaki jest sens zadawania pytań? Bank mi przedstawia 250–350 stron do podpisania. Ja je widzę po raz pierwszy, bank zna je „od podszewki”. Sam je przygotował i sam (bardzo dobrze) wie gdzie są „miny” dla klienta. Mamy do czynienia z totalną asymetrią wiedzy. Klient może, co najwyżej zrezygnować z usługi a jeśli chce kredyt to tak czy inaczej będzie zmuszony iść do innego banku gdzie sytuacja będzie identyczna.

Po co o tym piszę?

Myślę, że jest to fenomenalny przykład tego, o co naprawdę chodzi z pojęciem „muda”. Tylko, że konkretnie w tym przypadku nie tylko chodzi o „muda”, ale o „muda do kwadratu”, która powoduje destrukcje wartości. Przecież siedzieliśmy tam wszyscy – ja, pani Krysia, pan Paweł.

Pan Paweł ma dwuletnie dziecko, które bardzo kocha. Co by było, gdyby zamiast te 2-3 godziny patrzeć w sufit, spędził ten czas rozmawiając z własnym dzieckiem? Rozwój dziecka w tym wieku kształtuje je na całe życie. Może dzięki tym trzem godzinom rozmowy miałoby one lepsze osiągnięcia i wyniki w szkole. Może dzięki temu lepiej by potem zarabiało. Może płaciłoby wyższe podatki, a banki zarobiłyby więcej, przechowując jego oszczędności. Czyli korzyść dla nas wszystkich (z bankiem włącznie).

A pani Krysia? Spędziła 3 godziny podsuwając mi kartki papieru do podpisania. Czy ktoś naprawdę uważa, że bank w ten sposób ma najlepszy pożytek z czasu osoby, która ma świetny kontakt z klientami, jest zdolna, umie sprzedawać, jest bardzo kompetentna, bardzo dobrze reprezentuje pracodawcę i ma kilkanaście lat doświadczenia?

Czy przez te trzy godziny my wszyscy wygenerowaliśmy jakąś wartość dodaną?

Straty społeczne

A teraz wyobraźmy sobie, ile setek tysięcy naszych rodaków ma podobne sytuacje w bankach? Ile sumowanego czasu, energii, zdrowia marnujemy jako społeczeństwo? Czy w erze komputerów, Internetu, elektronicznego zatwierdzania, naprawdę nie mamy lepszych sposobów załatwiania tych spraw?

Czy firmy takie jak Adobe, Amazon, Ryan Air czy Adler Brokers, które uzyskując naszą zgodę, same są w stanie w prosty sposób, bez przesadnych kontroli, świadczyć nam usługi, nie wskazują, że można to zrobić inaczej? Z łatwością można sobie wyobrazić rozwiązania, gdzie będąc w banku wcale nie muszę być „computer-literate” by coś zatwierdzić w o wiele mniej czasochłonny i energochłonny sposób.

Sytuacja, z którą się zetknąłem to nie sama „muda” ale to była jakaś „anty-wartość”, która w spotkaniu z wartością eliminuje ją, uwalniając masę negatywnej energii w postaci poczucia frustracji, zdenerwowania czy (jeszcze gorzej) rezygnacji i bierności.

A to chyba NIE JEST to, o co nam wszystkim chodzi.

 

 

 

 

 

Autor tekstu:


John Stepan – obecnie zajmuje się doradztwem jako konsultant w logistyce i zakupach prowadząc własną działalność. Wykłada również na jednej z prywatnych uczelni we Wrocławiu.

Wcześniejsze doświadczenia zawodowe to 38 lat pracy w firmach w Anglii, Belgii, Holandii i Francji. Jego ścieżka zawodowa obejmowała początkowo informatykę - poprzez zarządzanie projektami informatycznymi, aż do sprzedaży systemów ERP. Następnie stanowisko dyrektora zakupów w branży samochodowej, chemicznej oraz w inwestycjach. Ostatnim etapem pracy w firmie było stanowisko dyrektora operacyjnego w branży logistycznej. 

Jerzy Dudek

Czy wiesz że:

Szacuje się, że na całym świecie skanuje się codziennie ok. 5 mld kodów kreskowych. 



czytaj więcej

Partnerzy

  • Branża TSL
  • Nowe technologie w logistyce
  • Transport i Spedycja
  • Case Studies